W każdym sporcie, nie tylko tym elektronicznym, akademie od lat pełnią kluczową rolę w budowaniu przyszłych sukcesów. To właśnie tam rodzą się talenty, które później trafiają na największe sceny, a organizacje zbierają owoce swojej cierpliwości. W e-sporcie idea akademii wciąż bywa jednak mylnie rozumiana. Często traktuje się ją jak drugi skład do „łapania wyników” albo rezerwuar graczy na czarną godzinę, zamiast jako długofalowy projekt rozwojowy. Tymczasem dobrze prowadzona akademia nie musi od razu wygrywać wszystkiego. Jej największą wartością jest proces. Codzienna praca, stabilność i możliwość nauki w warunkach zbliżonych do profesjonalnych. Przykłady takich projektów można znaleźć również na podziemnej scenie CS-a, a jednym z nich jest Lunacy NXT, które w ESEA Open10 pokazuje, że rozwój i wyniki nie muszą się wzajemnie wykluczać.
Dlaczego akademia jest fundamentem zdrowej sceny
W idealnym świecie akademia jest mostem pomiędzy grą amatorską a półprofesjonalną. To przestrzeń, w której zawodnicy uczą się nie tylko lepszej mechaniki czy taktyk, ale przede wszystkim funkcjonowania w zespole i strukturze. Regularne treningi, praca z trenerem, analiza dem… Wszystko to składa się na kompetencje, których nie da się zdobyć, grając wyłącznie mixy czy krótkoterminowe stacki.
Jednym z najczęściej powtarzanych modeli jest łączenie młodych, perspektywicznych zawodników z bardziej doświadczonymi graczami. Ci drudzy wnoszą spokój, komunikację i odpowiedni mindset, którego często brakuje mniej ogranym talentom. Alternatywą, równie skuteczną, jest młoda i zgrana piątka, która od początku rozwija się razem, podparta solidnym zapleczem organizacyjnym i trenerskim. Kluczowe nie jest więc samo doświadczenie na papierze, ale ciągłość projektu i jasno określony kierunek.
Akademie są też niezwykle ważne z perspektywy całej sceny. Dają organizacjom większą elastyczność transferową, pozwalają budować własną markę od podstaw i co najważniejsze, zwiększają liczbę graczy, którzy rozumieją, czym jest profesjonalne podejście do rywalizacji. Nawet jeśli nie każdy zawodnik trafi do topowego składu, doświadczenie wyniesione z akademii procentuje dalej. Czy to w innych drużynach, projektach czy ligach. W tym kontekście wynik sportowy nie powinien być celem samym w sobie. Jest raczej narzędziem weryfikacji postępu. Jeśli akademia wygrywa, to świetnie. Jeśli przegrywa, ale widać rozwój i progres, to wciąż może być sukces.
ESEA po zmianach – wyzwanie czy nadal szansa?
Oczywiście ESEA Open od lat pełniło rolę naturalnego środowiska dla akademii i projektów rozwojowych. To właśnie tam młode składy mogły regularnie mierzyć się z różnorodnymi rywalami, zbierać doświadczenie meczowe. Do tego przy odrobinie szczęścia oraz konsekwencji mogły walczyć o awans do Intermediate.
Zmiany wprowadzone wraz z przekształceniem ESEA w turniej wchodzący w system VRS wywołały jednak sporo dyskusji. Nowe regulacje utrudniły funkcjonowanie wieloskładowych organizacji, w tym akademii, co dla wielu projektów oznaczało konieczność podjęcia trudnych decyzji. Pojawiły się obawy, że Open przestanie być miejscem rozwoju, a stanie się wyłącznie polem walki o punkty rankingowe.
Rzeczywistość okazała się jednak bardziej złożona. Owszem, część organizacji wycofała się z modelu akademii lub zawiesiła swoje projekty. Jednocześnie sporo ekip postanowiło zignorować zmiany i dalej realizować swoje cele. Co więcej, to właśnie w dywizji Open nadal można spotkać wiele drużyn z dopiskiem „Academy” czy „NXT”, które traktują ligę jako etap w długofalowym planie.
Trudno dziś jednoznacznie ocenić, jakie będą realne konsekwencje systemu VRS dla akademii. Możliwe, że część projektów nie przetrwa próby czasu. Możliwe też, że scena sama znajdzie balans pomiędzy rywalizacją o punkty, a rozwojem zawodników. Jednak jedno jest pewne… ESEA Open nadal pozostaje miejscem, w którym da się budować coś więcej niż tylko chwilowy wynik.
Akademia Lunacy NXT – przykład, że proces działa
Jednym z zespołów, które w ostatnim czasie szczególnie zwracają na siebie uwagę, jest właśnie Lunacy NXT, czyli oficjalna akademia organizacji Lunacy Gaming. To projekt, który nie powstał z dnia na dzień, a jego fundamentem jest stabilne core zawodników grających ze sobą od dłuższego czasu. Trzon drużyny znany wcześniej z gry pod szyldem Dobu, we wrześniu 2025 roku trafił do VYCE Clan, gdzie rywalizował do grudnia tego samego roku. Już wtedy zespół był blisko awansu do ESEA Intermediate, docierając do playoffów, mimo gry w słabszym i mniej dopracowanym składzie. Po zakończeniu tamtego etapu zawodnicy zdecydowali się kontynuować wspólną drogę, tym razem już jako oficjalna akademia Lunacy.
Od grudnia aktualna piątka regularnie pracuje razem, co szybko zaczęło przynosić pierwsze, mierzalne efekty. Lunacy NXT zakończyło fazę zasadniczą arrMY Open z bilansem 9–1, co dawało realne nadzieje na walkę o awans do arrMY Rising. Playoffy okazały się jednak brutalnym sprawdzianem, gdzie szybkie odpadnięcie zamknęło drogę do promocji. Z perspektywy projektu akademii nie był to jednak krok wstecz, a raczej kolejna lekcja… O tym jak cienka jest granica pomiędzy regularnością, a skutecznością w decydujących momentach. Do tego wszystkiego dochodzi obecność trenera i realne zaplecze organizacyjne, które pozwala skupić się na rozwoju, a nie na ciągłym szukaniu prowizorycznych rozwiązań.
W ESEA Lunacy NXT znajduje się obecnie na bilansie 7–1 po ośmiu z dziesięciu kolejek fazy zasadniczej. To wynik, który robi wrażenie, ale znacznie ważniejszy jest kontekst. Nie jest to dowód na to, że akademia musi dominować każdą ligę, w której gra. Natomiast jest potwierdzeniem, że stabilność, jasno określone cele i konsekwentna praca mogą regularnie przekładać się na solidne rezultaty.
Wynik jako efekt uboczny, nie cel
Historia Lunacy NXT dobrze pokazuje, czym powinna być akademia w realiach współczesnego CS-a. To nie jest skrót do wyników ani szybki sposób na „odhaczenie” obecności w lidze. To proces, który, jeśli jest prowadzony świadomie, uczy zawodników wygrywać w przyszłości. Zmiany w ESEA z pewnością wpłyną na kształt podziemnej sceny. Niektóre projekty znikną, inne będą musiały się dostosować. Akademie, które przetrwają, prawdopodobnie będą te, które od początku wiedziały, po co istnieją. Bo ostatecznie nie chodzi o to, kto dziś zrobi 7–1 w Open. Chodzi o to, kto za rok lub dwa będzie gotowy na kolejny krok. A akademia, która rozumie ten proces, zawsze będzie o krok przed resztą.
